• Українська
  • Polish
_TOC_JUMPTO
WSTEP
AKT 1
AKT 2
AKT 3
AKT 4
ZAKONCZENIE

AKT 1

Forty w rękach artystów nabrały bajkowego wyglądu / Fot. Barbara WorochCzwartkowe popołudnie. Jesteśmy zmęczeni. Grupa rozstrzelona na kilkanaście metrów zmierza powoli polną drogą wśród zapierających dech w piersiach łąk do fortów. Wszyscy jesteśmy w dobrych humorach. Po pokonaniu pierwszego wzgórza widzimy zbocze, które jeszcze parę dni temu było zwyczajną łąką. Teraz stoi na nim tzw. duża scena. Energiczni młodzi mężczyźni instalują ostatnie części konstrukcji, na środku wielkie logo festiwalu. Przystajemy i wpatrujemy się w scenę. Rozpiera nas duma. Teraz już nikt nie ma wątpliwości, że impreza się odbędzie.
Taras Gowda (jeden z organizatorów, członek organizacji PORA): Pracowałem z artystami. Moim
obowiązkiem było zapewnienie im i zorganizowanie wszystkiego, czego potrzebowali do swoich instalacji. Poznałem wielu artystów z Polski i Ukrainy. Bardzo dobrze nam się razem pracowało.
Większość ukraińskich artystów, którzy tworzyli swoje land-artowe instalacje należy do organizacji Dzyga, czyli stowarzyszenia ukraińskich twórców kultury. Projekty, które powstały na terenie fortów idealnie wpasowały się zarówno w ideę festiwalu, jak i fizycznie w ukształtowanie terenu. Sztuka, którą można dotknąć i poczuć nie ograniczając się tylko do odbierania jej wzrokiem przemawiała zarówno do znawców, do ludzi na co dzień z nią nie związanych, ale zainteresowanych, jak i do zwyczajnych, starszych i młodszych mieszkańców okolicznych wsi i miasteczek, dla których części sztuka jest bardzo odległym tematem.

Wolontariusze / Fot. Julianne SchrimanCzwartkowy wieczór. Jesteśmy zmęczeni, zakurzeni i brudni. Po kolacji w szkolnej stołówce składającej się z kaszy gryczanej polanej obficie masłem, kiełbasy oraz kompotu jabłkowego przygotowujemy się do wyjścia pod prysznic, oddalonego od miejsca, gdzie mieszkamy o 2 km. Jutro pierwszy dzień festiwalu. Jesteśmy podekscytowani i zdenerwowani. Po kolacji podchodzi do mnie Dominik Jałowiński, jeden z polskich artystów, którego poznałam parę dni temu. Zaprasza wszystkich wolontariuszy na prezentację swojego projektu, która odbędzie się tego wieczora przy wioskowym sklepie. Brzmi intrygująco.
Wczesny wieczór, centrum wsi Popowicze. Przed beżowym budynkiem sklepu z dumnie wykaligrafowanym napisem „Produkti” zebrał się tłum ludzi. Młode kobiety w szarych spódnicach i kolorowych T-shirtach otoczone dzieciakami z umorusanymi buziami i pozdzieranymi kolanami, pogrupowani po kilka osób mężczyźni o ogorzałych twarzach i twardych ramionach. Przyszli nawet starsi mieszkańcy wioski. Wszyscy uśmiechają się trochę nerwowo, dyskutują i z mieszanymi uczuciami przyglądają się ścianie sklepu, z której wystaje coś dużego i kwadratowego ukrytego pod płachtą materiału. Po drugiej stronie wioskowego tłumu, nie mieszając się jeszcze z autochtonami stoją artyści. Wysoki łysy mężczyzna w spodniach w biało-czarne pasy sygnalizujących awangardę i indywidualizm z odległości paru kilometrów, drobna dziewczyna z burzą rudych loków, szczupły facet w trampkach o spojrzeniu zaciekawionego dzieciaka. I wielu, wielu innych. Wszyscy wyglądają na lekko umęczonych, ale wyjątkowo zadowolonych. Dyskusje toczą się po ukraińsku i po polsku.

Trzecia część mozaikowej widowni, którą zgromadził Dominik, czyli wolontariusze prezentuje się równie malowniczo. Wszyscy mamy czerwone od słońca twarze, sportowe ciuchy, ręczniki pod pachami oraz kosmetyczki lub butle z szamponami, czy pasty do zębów w rękach. Zaciekawione zerknięcia w stronę tajemniczego obiektu niczym nie różnią się w wyrazie od spojrzeń mieszkańców wsi, czy artystów. Rozmowy toczą się po angielsku, francusku, niemiecku, koreańsku i ukraińsku.
Gdy Dominik staje przy swoim nieujawnionym jeszcze dziele, wszystkie spojrzenia kierują się na niego. Artysta ubrany w jasny garnitur i trampki mówi po polsku. Tłumaczy go na ukraiński stojący obok (również artysta) Miroslav Wajda, ja przekładam na angielski. Zabawna przemowa („Inspiracją byli dla mnie mieszkańcy wioski, kolor tutejszej ziemi i znajdujące się tu złoża gazu”) poprzedza moment, na który czekają wszyscy zgromadzeni. „Przedstawiam wam Mister X-a”, Dominik ściąga materiał z obiektu, a naszym oczom ukazuje się żółta drewniana skrzynia z układającymi się w koła małymi otworami na każdej ze ścian. Artysta wchodzi na małe schodki i otwiera wieko pudła. Wśród tłumu konsternacja. Wszyscy bez wyjątku przyglądają się skrzynce i Dominikowi oczekując być może nagłego zwrotu akcji, wybuchu, wyciągnięcia czegoś ze skrzyni, muzyki.

A tymczasem Dominik schyla się nad zgrzewką małych buteleczek z zielony-burym płynem znanej mi już wody kolońskiej „Sasza”. Prostokątny, kanciasty kształt butelki zdobi wizerunek poważnego eleganta około 50-tki, który spogląda ze zdjęcia wzrokiem pełnym dumy, mocy i czegoś, co nadaje mu specyficzny i raczej dyskusyjny urok siermiężnego mężczyzny czasów sowieckich. Kombinacja zapachu, zdjęcia i koloru daje piorunujący efekt.
Dominik bierze po dwie butelki, wchodzi na schodki i wlewa ich zawartość do skrzyni. Po opróżnieniu ostatniej, zamyka wieko przytwierdzając je gwoździami. Mister X oficjalnie zaczyna swoje życie w samym centrum wsi Popowicze, przy sklepie spożywczym. Wino i wódka dla wszystkich, grupowe zdjęcia i wąchanie bohatera wieczoru kończą unikalną i niezwykle ciekawą prezentację.