• Українська
  • Polish
_TOC_JUMPTO
WSTEP
AKT 1
AKT 2
AKT 3
AKT 4
ZAKONCZENIE


AKT 3

Pofestiwalowe sprzątanie / Fot. Barbara WorochSobota, drugi dzień festiwalu. 8.30, pole przed dużą sceną. Jest zimno i szaro. Piękne zielone koszulki z logo imprezy leżą dziś na wszystkich smętnie, z rąk do rąk przechodzą naleśniko-pierogi wypełnione kapustą, które są naszym dzisiejszym śniadaniem. Ktoś z miejscowych przynosi butelkę ciepłej herbaty, ktoś inny daje po łyku miedawuchy (rodzaj miodu pitnego).

Uzbrojeni w rękawiczki i czarne worki rozchodzimy się grupkami zbierać śmieci. Na polach panuje cisza. Miasteczko namiotowe jest ciągle pogrążone we śnie. Dwa eleganckie wozy terenowe zaparkowały pod lasem, przed nimi stoi kilku mężczyzn w przeciwdeszczowych kurtkach z plakietkami z napisami „organizator”. Gdzieniegdzie przemykają się wszechobecni ciągle pogranicznicy, co jakiś czas mignie samochód Bierkutu.
Nowością są niebiescy milicjanci ze Lwowa. Przyjechali zająć się kierowaniem ruchu samochodów, których dziś spodziewano się najwięcej. Jeden z nich przygląda się scence przenoszenia zużytej prezerwatywy z krzaków do worka na śmieci za pomocą wysuszonej gałązki, którą wykonuje 3 wolontariuszy. Inny, wysoki i ciemnoskóry patrzy na mnie z mieszaniną zmieszania i rozbawienia. „I kto ci te spodnie dopierze?” pyta kierując wzrok na czarne nogawki moich dżinsów, które jeszcze niedawno były niebieskie, a teraz po zdjęciu i zasuszeniu mogłyby stać pionowo. Rozkładam ręce i śmieję się, że za kilka dni wylądują w takim samym worku na śmieci, jak ten który właśnie za sobą ciągnę. Zbieranie śmieci uświadamia dwie prozaiczne sprawy: to, jak ludzie są obrzydliwi i to, że każdy nie wyrzucony do kosza śmieć ktoś będzie musiał za nas podnieść…

Późnym popołudniem następuje cud - wychodzi słońce, znikają deszczowe chmury, niebo powala najczystszym błękitem. Wszyscy mamy na sobie festiwalowe koszulki, na rękach naręcza gazetek z programem i opisem artystów biorących udział w imprezie. Ruszamy w tłum.
Na dużej scenie folkowe występy, dookoła niej stoiska z promującymi się gminami, w tym kilkoma z Polski. W cieniu namiotów z jedzeniem ludzie chowają się przed słońcem. Sznury samochodów, pielgrzymki młodych ludzi z plecakami i śpiworami ciągną polną drogą od Popowicz.

Sobotnie koncerty zgromadziły najwięcej osób / Fot. Barbara WorochZ jednego z autobusów wysiada delegacja urzędników z Przemyśla. Milicjanci kierują ruchem, pogranicznicy przechadzają się grupami. Większość z nich rozpoznaję już z wyglądu. Bez wątpienia dzisiejszy dzień jest najliczniejszy z wszystkich dni festiwalu. Miasteczko namiotowe pęka w szwach, samochody zajmują całe pola.
Taras Gowda: Parkingi były źle zorganizowane. To był nasz błąd. Powinny być wyraźne sektory i oznaczenia. Nie spodziewaliśmy się tylu osób. Ludzie parkują jedni przy drugich. Pomiędzy pojazdami, w cieniu powstają mini obozowiska. Rodziny rozpalają małe ogniska, przygotowują na nich jedzenie, siedzą i słuchają koncertów z pobliskiej sceny.

Roman Nowicki: Fort Missia był organizowany w tym roku pierwszy raz. To był eksperyment. Nie pobieraliśmy żadnych opłat. Nie trzeba było płacić za pole namiotowe, za parkingi, miejsca piknikowe.
Popołudnie przechodzi w piękny wieczór. Piknikujące rodziny usuwają się z cienia, pustoszeją namioty. W okolicach scen i budek z jedzeniem i piciem tłum powiększa się z każdą chwilą.
Roman Nowicki: Spodziewaliśmy się od 3 do 10 tys. uczestników. Ilu było dokładnie, nie wiemy. Wiem jedno - był taki moment w sobotę, że ludzie byli wszędzie. Przed małą sceną, przed dużą, na fortach.

Wolontariusze lubią się bawić. Po tygodniu wspólnej pracy wszyscy się już znają. Znamy się też z Ukraińcami zaangażowanymi w organizację festiwalu. Wieczorem robi się chłodno. Zakładamy bluzy na identyfikujące nas koszulki. Stajemy się zwykłymi uczestnikami imprezy. Choć nie do końca. Satysfakcja z wydarzenia, które przygotowywało się własnymi siłami, w ciągłej obawie, że coś może nie wypalić jest czymś zupełnie niesamowitym. Wszyscy to odczuwamy.

Wieczór. Na dużej scenie trwają rockowe koncerty. Na małej elektroniczna muzyka. Stoję z koleżanką wolontariuszką z Hiszpanii i z 2 lwowianami przy barze. Ukraińcy przyjechali motorem specjalnie na dzisiejsze koncerty. Też są artystami, mają swój zespół rockowy. Za chwilę podchodzi do nas blondyn o ostrych kościach policzkowych, w czarnym T-shircie i… kilcie! Opowiada o swoich doświadczeniach z rosyjskiej armii.
Ciekawych ludzi poznaje się tu bardzo szybko. Atmosfera festiwalu sprzyja nowym znajomościom. Ukraińcy są ciekawi nas, my Ukraińców. Ja czuję się gdzieś pomiędzy: w grupie z ludźmi Zachodu (którzy nie znają i nie rozumieją ukraińskiego, a sama Ukraina jest dla większości z nich lightową wersją Rosji i „dzikiego wschodu”), ale rozumiejąc Ukraińców (językowo i historycznie) dużo lepiej od nich.

Roman Nowicki: Są ludzie, miejscowi, którzy nie rozumieją festiwalu. Nie rozumieją, że to jest organizowane dla nich, dla rozwoju turystyki, dla regionu. Myślą, że ja na tym zarobiłem, że ja to robię wyłącznie dla pieniędzy. A ja to organizowałem dla nich!

W ferworze rozmów, głośnej muzyki, tańczącego tłumu i piekących się na wielkim grillu szaszłyków nagle zapadają egipskie ciemności i kompletna cisza. Skradziony generator prądotwórczy zostaje odnaleziony następnego dnia. Ktoś przeciął kabel uśmiercając imprezę na małej scenie parę godzin przed zakończeniem, a następnie ukrył maszynę w lesie. Po festiwalu złodzieje prawdopodobnie planowali ją wywieźć.